Kiedy wściekłość jest dobra i dlaczego siła człowieka opiera się o wytrzymałość jego psychiki?
Osoby dojrzałe wiedzą, że przywództwo czy zarządzanie to przede wszystkim praca i zabawa umysłowa. Jest trochę jak miłość: trzeba to robić z sercem, z namiętnością; i podsycać, odświeżać oraz urozmaicać. Wtedy wysyłamy właściwe sygnały do wszechświata. Niemal wszystko w przywództwie zależy od funkcjonowania naszego umysłu, a to z kolei, przede wszystkim sprawa naszej odporności na stres. Wiemy, że np. wściekłość w odpowiedniej dawce działa stymulująco, przekłada się na wyższy poziom naszych osiągnięć. Ale i odwrotnie: im większe mamy osiągnięcia, tym nasz stres wzbija się na wyższe orbity. Nasze matki mawiały, że jeśli ktoś nie wytrzymuje gorąca, to nie powinien się pchać do kuchni. To ważne dla ludzi, którzy na przykład są sprawnymi specjalistami, menedżerami, politykami lub działaczami społecznymi, a chcą być liderami. Przywództwo moim zdaniem rodzi uczucia nie zawsze wzniosłe. Wystarczy popatrzeć na niektóre postaci publiczne, jak zmuszone są cierpliwie znosić pomówienia, obelgi i zwykłe chamstwo, niejednokrotnie jedyną broń przeciwnika. To musi rodzić stres. Pomówmy więc o nim. O naszym przyjacielu rozwoju wewnętrznego. Dlaczego przyjacielu? Bo jeśli nie możesz czegoś/kogoś zabić, musisz się z nim zaprzyjaźnić…
Na początek ważne stwierdzenie: to nie wydarzenia zewnętrzne doprowadzają nas do stresu. Nie istnieje coś takiego, jak stresujące zdarzenie. Dlaczego? Po prostu ta sama sytuacja w odbiorze jednego z uczestników jest ogromnie stresująca, a dla drugiego – wcale. Na przykład rozmowa oceniająca, przesłuchanie, spór podczas narady z zespołem lub na wizji przed kaerą. Samo zdarzenie ma charakter neutralny. Tak naprawdę przyczyną stresu jest nasza reakcja na zdarzenie lub ogólnie – nasze nastawienie do rzeczywistości. Wszystko zależy od wyboru reakcji. Sami sobie fundujemy stres lub nie. Nie zawsze reagujemy tak samo. Jednego dnia jakaś sytuacja doprowadza nas do szewskiej pasji, innego – w ogóle nas nie rusza. Jesteśmy w 100% odpowiedzialni za nasze reakcje, a to one przecież generują stres w naszych organizmach. Możemy, jeśli tylko chcemy i jesteśmy zdrowi na umyśle, zmniejszyć poziom stresu, po prostu podejmując taką decyzję. Oczywiście, stan zdrowia niektórych osób wymaga wsparcia farmakologicznego lub terapeutycznego, by przezwyciężyć stres, ale większość znanych mi osób, które posiłkują się chemią, wykazuje naiwność i lenistwo intelektualne, świadczące o zaniedbaniach w pracy nad własnym charakterem.
Zdaniem różnych naukowców istnieje wiele przyczyn stresującej, nerwowej lub chorej reakcji na to, co się dzieje w otoczeniu. Wybrałem siedem, które moim zdaniem występują najczęściej. Na samym szczycie listy mamy tu od lat ten sam czynnik – utrata lub brak kontroli nad emocjami. To najczęstsza przyczyna stresu, niepokoju, napięcia, lęku, depresji, bezsenności, także pewnych chorób somatycznych. Wynikają one z braku panowania nad własnym życiem i jego przebiegiem.
Kolejne ważne źródło stresu to praca pod presją. To ona spędza nam sen z powiek, przedłużająca się bezsenność zaś odpowiedzialna jest za bóle w plecach, bóle głowy i awersję do seksu. Nie możemy się pozbyć uczucia, że coś musimy. Jeśli czegoś nie zrobię, będę miał kłopoty, więc muszę to zrobić. Zawsze, kiedy powtarzamy sobie, że coś musimy zrobić i czujemy przy tym, jakby nas przeszywało ostrze sztyletu, oznacza to, że wzięliśmy na siebie zbyt wiele zobowiązań w zbyt krótkim czasie. Mamy o to pretensje do całego świata, ale sami się na to zgodziliśmy przez nieuwagę lub brak przewidywania.
Trzecie ogromne źródło stresu i negatywnych emocji to rzeczy niedokończone. Rzeczy niedokończone mamy zwyczaj ciągle odkładać na później. Kiedy odsuwamy od siebie ważne zadanie, jego ważność ciągle wzrasta i wreszcie przygniata nas niczym lawina – odczuwamy wciąż narastający stres. Oczywiście, większości tych problemów można zaradzić. Ale trzeba tego naprawdę chcieć!
Czwartym źródłem stresu jest obawa przed porażką. To nie sama porażka niszczy ludzi, lecz lęk przed nią. Większość liderów umie znosić niepowodzenia. Radzą sobie z przeszkodami i porażkami na drodze do celu, gorzej natomiast znoszą lęk przed porażką i oczekiwanie na nią.
Piątym źródłem stresu jest zaprzeczanie i okłamywanie samego siebie. Wielu psychoterapeutów umieszcza to nawet na szczycie listy czynników stresogennych. Chodzi o rozmijanie się z realiami. Nieliczenie się z rzeczywistością to obszerny te-mat (przywódczy autyzm), ale najkrócej można powiedzieć,
że polega na nieprzyjmowaniu do wiadomości pewnych nieprzyjemnych faktów, które dotyczą naszej pracy czy życia osobistego, a z którymi nie chcemy się pogodzić. Nazywam to też wrogą rzeczywistością. Szerzej o iluzjach, okłamywaniu się i manowcach pozytywnego myślenia rozpisałem się w mojej ostatniej książce „Wolni i zniewoleni”. Możemy więc zapytać sami siebie: czemu w moim życiu obawiam się stawić czoło? Kiedy z nieokreślonego powodu odczuwamy niepokój lub lęk, zapytajmy siebie: z czym nie chcę się zmierzyć? Dlaczego? Jakie konkretne korzyści daje mi taka sytuacja? Na jakich uczuciach w związku z tym żeruje?
Z obserwacji i współpracy z osobami publicznymi oraz top liderami w Polsce wynika, że największym wyzwaniem jest zmierzenie się z poczuciem wstydu i własnymi kompleksami. Liderom, jak to ludziom, zdarza się unikać konfrontacji, co w efekcie prowadzi do depresji i utraty kontroli nad sobą. Telewizja w ostatnich latach dostarcza nam licznych przykładów ludzi nastroszonych, emocjonalnie niedojrzałych, pełnych kompleksów, którzy stają się liderami, przewodnikami duchowymi i obrońcami na równi z nimi zagubionego elektoratu. Tak z prawej, jak lewej strony parlamentu widać miernotę, plastik i wzrok stęskniony za rozumem…
Kolejne, szóste źródło stresu – to gniew. U jego podłoża przeważnie leży strach lub frustracja. Niespełnione oczekiwania. Oczekujemy, że ktoś się tak, a nie inaczej zachowa, coś będzie miało taki, a nie inny przebieg, a tymczasem życie nie spełnia naszych oczekiwań. Wpadamy w gniew, kiedy ktoś nas atakuje publicznie, kiedy mamy poczucie krzywdy itp. A gniew każe nam szukać winnych. Chętnie obwiniamy wszystko i wszystkich dookoła, bo to przecież najprostsze. Można powiedzieć, że spora część naszej populacji dzieli się na łapaczy lub miotaczy winy. Właśnie te dwa uwarunkowania psychiczne sprawiają, że ludzie są podatni na nacjonalizm, wpływy sekt lub jakąś negatywną ideologię. W efekcie tego „koktajlu Mołotowa” otrzymujemy nawet tak wykształconych popaprańców jak doktorzy Mengele, Schumann czy Clauberg – oprawców matek i dzieci w obozach pracy/koncentracyjnych – czy wcześniej pochodzącego z polskiej rodziny szlacheckiej Feliksa Dzierżyńskiego i zaraz po nim stalinowskiego aparatczyka Berię. Można by też wspomnieć uświęcone autorytetem Watykanu krwawe i sadystyczne postaci okresu Świętej Inkwizycji, rzucające rycerstwu hasła jak „Zabijcie wszystkich! Bóg rozpozna swoich!”, czy równie mroczną figurę rewolucji francuskiej, która padła ofiarą własnej inżynierii i sukcesu – Robespierre’a.
Dziś też nierzadko spotykamy ludzi ulepionych z podobnej gliny duchowej jak wyżej wymienieni (sami faceci, to też farsa), którzy patrząc dobrotliwe w oczy szefa, a stając naprzeciw swojego poczucia wstydu za śmierdzące lenistwo i brak namysłu we własnym życiu, chętnie i z ulgą sięgają po kojące umysł stwierdzenie: cóż, nie dałem rady, bo wszystko w rękach Pana Boga/Allacha itp.
Chyba ostatnią ważną przyczyną stresu są reakcje warunkowe. Chodzi o wyuczone sposoby reagowania, schematy myślenia i odczuwania, które w powtarzalnych sytuacjach wyzwalają się automatycznie jak u słynnego psa/psów Pawłowa. Wystarczy usłyszeć czyjeś nazwisko, żeby się wściec. Słyszymy o jakiejś sytuacji i odruchowo reagujemy w wyuczony sposób jak tresowane zwierzę. Zwróćmy uwagę na fakt, że jeśli regularnie reagujemy gniewnie i negatywnie, wchodzi nam to w krew i tracimy nad tym kontrolę. Poprawnie wnioskując, powinniśmy zacząć się obserwować, by następnie świadomie modyfikować nasze reakcje na zdarzenia oraz nasze nawyki.
Parę słów o tym, jak z dużym stresem radzą sobie znane mi osobistości. Pierwszym efektywnym antidotum na stres jest świadoma obserwacja włąsnych emocji. Nie zawsze udaje się nad nimi zapanować, ale obserwować je możemy zawsze. Możemy to zrobić dzięki przejęciu sterów, czyli odpowiedzialności (tylko w umyśle, proszę tego nie robić na głos lub publicznie, bo zostaniemy wykorzystani przez innych) za całą sytuację emocjonalną. To w gruncie rzeczy jest bardzo proste. Kiedy wpadamy w stres, zacznijmy sobie powtarzać i wbijać do głowy: to ja jestem odpowiedzialny, ja jestem liderem. Może nie jestem akurat odpowiedzialny za sytuację, za straty, za spadek sprzedaży lub wartości firmy, ale jako przywódca jestem odpowiedzialny za to, jak na to wszystko zareaguję, przecież jestem odpowiedzialny za swoje emocje i swoje zdrowie umysłowe.
Podchodzimy zatem do sprawy dojrzale, jak na liderów przystało. Dlaczego mamy płacić własnym zdrowiem umysłowym za cudzą niekompetencję lub niewiedzę? Unikniemy w ten sposób podwójnej zapłaty, bo i tak ponosimy stratę materialną; po co na własne życzenie płacić dodatkowo emocjonalnie? Ważne pytanie w związku ze środowiskiem, w którym działamy, brzmi: jakim człowiekiem lub po prostu kim się staję, pracując z tymi ludźmi? To dobre pytanie.
Inny sposób opanowania stresu to głębokie oddechy. Najlepiej to połączyć z określonymi ćwiczeniami fizycznymi. Siedem, osiem głębokich oddechów odpręża nasze ciało. Weźmy głęboki wdech, przytrzymajmy powietrze i policzmy do trzech lub siedmiu, a następnie wypuśćmy je. Powtórzmy to spokojnie np. siedem razy, aż nasz „słupek stresu” spadnie i samopoczucie zacznie się poprawiać. Warto zapanować nad sobą, by nie zapłacić (co typowe dla niektórych liderów/antyprzykładów) utratą wizerunku i zaufania publicznego. Ludzi nie potrafiących nad swoimi emocjami zapanować łatwo jest „wpuścić w kanał” lub wypuścić na „minowe pole”. Robią to zawodowcy w telewizji, radiu, na naradach, przesłuchaniach, podczas negocjacji – po prostu wywołujemy u rozmówców określone emocje, by zaczęli myśleć chaotycznie i sami się ośmieszyli, zaprzeczyli sobie albo dali upust własnej bezsilności, rzucając inwektywę w stylu: „Pan jest zerem, panie pośle!”
Trzecia rzecz, którą możemy zrobić w sytuacji kryzysowej, w głębokim stresie, to napisanie „raportu z katastrofy”. Jest to technika stosowana przez najbardziej opanowanych ludzi. Kiedy nie wiemy, co począć w danej sytuacji, jak sobie poradzić, spróbujmy zrobić coś mądrego zamiast dać się wykończyć stresowi.
Po pierwsze, opiszmy jasno i dokładnie sytuację. Co nas martwi? Co dokładnie nas niepokoi? Dobra diagnoza, trafna definicja problemu – to podobno połowa sukcesu.
Po drugie, jaki jest najgorszy z możliwych scenariuszy w tej sytuacji? Co najgorszego może się zdarzyć, jeśli sprawy przybiorą najfatalniejszy obrót? Co się stanie, jeśli nie podejmiemy żadnego działania? Jak te sprawy mogą eskalować?
Po trzecie, przyjmijmy, czysto hipotetycznie, że zdarzy się najgorsze, co może się zdarzyć. To taka zabawa z wyobraźnią, do której wystarczy pytanie: co by było, gdyby…? To ważne pytanie oraz ulubiona gra profesjonalistów, też strategów wojskowych oraz negocjatorów. Nawet najlepsi kierowcy rajdowi lubią w nią grać. Co by było, gdyby…? Odpowiedzmy sobie: no cóż, załóżmy, że tak będzie. Świat się nie zawali, ale jak ja się zachowam, gdy…? Na marginesie powiem, że to bardzo twórcze zajęcie – takie „gdybanie” pomaga potem we właściwej reakcji na różne nieoczekiwane sytuacje. Sam Einstein twierdził, że ważniejsza od wiedzy jest wyobraźnia.
Po czwarte, zadajmy sobie złote pytanie: jaką lekcję wyciągnę z tej sytuacji dla siebie, dla zespołu? Czego mnie to nauczyło i czego muszę się jeszcze nauczyć w związku z tą sytuacją? To ważne pytanie, gdyż przede wszystkim liderzy wiedzą, że los (czy też Bóg jak kto woli) daje nam najwspanialsze prezenty opakowane w tragedie, konflikty i problemy.
Po piąte, spiszmy wszystkie pomysły mogące bezpośrednio lub pośrednio wpłynąć na zmianę najgorszego z możliwych scenariusza wydarzeń. Zastanówmy się, które mają sens, a które nie. Jestem zdania, że wszystko jest możliwe, ale nie wszystko ma sens. Jako liderzy na pewno nieraz zetknęliśmy się z nierealnym terminem na przykład, który jednak udało nam się dotrzymać.
Pogrupujmy naszą listę: ustalmy priorytety, zadania, które musimy wykonać sami, które możemy zlecić (i komu), a następnie natychmiast podejmijmy jakieś działania, aby nie doszło do tego najgorszego z możliwych przebiegu zdarzeń. Co najgorszego może mnie spotkać? Jeśli się to zdarzy, zaakceptuję to, ale tymczasem podejmę działania zaradcze.
Dlaczego podkreślam konieczność zaakceptowania tego, co najgorsze? Ponieważ niejednokrotnie okazywało się, że ludzie, walcząc z wiatrakami, w efekcie tracą więcej niż to, przed czym tak desperacko się bronili. Brną w czaso- i energochłonne spory sądowe, gerenują co raz wieksze koszta etc. Miast inwestować z zyskiem. Najważniejszą sprawą jest możliwie szybkie przystąpienie do działania (zapewne wielu z was uzna to za truizm), ponieważ celowe działanie niezwykle skutecznie przeciwdziała zmartwieniu i stresowi; to jedyne prawdziwe antidotum na kryzysy i problemy. Aktywne zajęcie się rozwiązaniem problemu powoduje, że nie mamy czasu na zamartwianie się. Nie zwalnia to bynajmniej lidera z krytycznego myślenia. Konstruktywne martwienie się, artykułowanie wątpliwości, bardzo sceptyczne analizowanie możliwych ryzyk by się ich pozbyć, cechuje naprawdę zdrowych psychicznie ludzi, tzw. odwrotnych paranoików, w biznesie, życiu społecznym i chyba we wszystkich działaniach człowieka, jak choćby ochrona zdrowia i środowiska.
Antidotum na stres jest również intensywny ruch. Bardzo dobre są spacery, namiętny seks, prace ogrodowe lub choćby rąbanie drew do kominka. Zwłaszcza tenis, squash, boks, karate, tae kwon do czy kendo idealnie nadają się do rozładowania negatywnych emocji. Uderzając z całej siły, zadając ciosy, wyrzucamy je z siebie. Bieganie lub szybki spacer oraz inne formy wysiłku fizycznego to ćwiczenia, które relaksują cały nasz organizm i dzięki którym pozbywamy się toksyn. Jeśli jednak wysiłek fizyczny pomaga nam utrzymać ciało i ducha w formie, to nadmierny wysiłek umysłowy, jeśli w pracy musimy być kreatywni, raczej wszystko niweczy. To stara prawda i warto o niej pamiętać.
Inną odtrutką na stres jest kompletne wyłączenie się. W wielu przypadkach wystarczy się po prostu solidnie wyspać. Słynny amerykański trener Vince Lombardi mawiał, że zmęczenie czyni z nas tchórzy. A więc wyspać się i odłożyć problem lub decyzję na 24 godziny – może po tym czasie zobaczymy całą sprawę w zupełnie innym świetle, może zmieni się nasz punkt widzenia? Nie należy tego postrzegać jako ucieczki od rzeczywistości. W wielu przypadkach (zwłaszcza gdy chodzi o decyzje kadrowe) warto dać sobie zawsze 72 godziny, by nabrać dystansu. Intensywne myślenie o problemach, trudnościach lub nadchodzącym kryzysie prowadzi do klinczu, uwikłania w szczegóły albo rozpaczliwej walki o rzeczy, które nie są tego warte.
Nie oznacza to, że przestaniemy reagować na pewne sprawy, zrezygnujemy z wartości. Bardziej selektywnie podejdziemy dzięki temu do natłoku pilnych spraw, które niesie ze sobą kryzys. Odkryłem za namową kilku mądrych ludzi, że pomaga mi codzienna lektura. Wyrobiłem w sobie nawyk czytania, robię to od ponad 11 lat, po kilka książek jednocześnie. Poświęcam na to godzinę do dwóch dziennie. Zaczynałem od 15 minut rano, 15 minut w porze lunchu i 15 minut przed pójściem spać. Nie spotkałem do tej pory człowieka, który by uznał taką metodę za niemożliwą z braku czasu. Co mnie zainspirowało? Ktoś powiedział, że każdy smutek, nawet ten największy, znajdzie ukojenie na stronach mądrej lektury. Uosobieniem tej prawdy był Ben Feldman. Gdy znalazł się w Księdze Rekordów Guinnessa jako najlepszy biznesmen świata, nie przestał poświęcać dwóch godzin dziennie na naukę, aby utrzymać się na szczycie i wyprzedzać zmiany w swojej dziedzinie. I ostatnie lekarstwo na stres to unikanie nadmiaru używek – alkoholu i innych środków odurzających – głównie w sytuacjach kryzysowych. Powodują depresje lub paranoiczne wizje rozwoju np. drobnego sporu lub problemu. Nie będę pisał o paleniu, bo już wyszło z mody, jest passe i trąci myszką. Choć prawdą jest, że palacz odpręży się szybciej niż ktoś nieobeznany z techniką radzenia sobie ze stresem, gdyż osoba paląca głęboko zaciagając się, jednocześnie głęboko oddycha. Cygara, holenderskie ziółka są raczej delikatesami na podniosłe okazję, nie na czas kryzysu i wymagają określonej strefy geograficznej, by nie popaść w konflikt ze stróżami moralność i prawa. Oczywiście lampka dobrego wina, mała irlandzka lub dobry koniak zawsze dodadzą smaku egzystencji lub rozgrzeją nasze wnętrze, ale nadużywanie tych substancji w trudnych chwilach powoduje nieprzejrzyste, depresyjne lub paranoiczne stany. Zaczynamy roić bezpodstawne obawy, stajemy się fatalistami, co w połączeniu z bólem głowy i otępieniem zmysłów powoduje, że następnego dnia czujemy się jak genetyczny odpad, potrzebujący litości i łaski, najchętniej w postaci dobicia. A kryzys wymaga od nas trzeźwego, wypoczętego umysłu, nadającego się do sprawnego i rozważnego działania. Oraz co wążne, wzbudzającego optymizm, zaufanie spojrzenia, no i wyglądu.
Na zakończenie jeszcze jedna refleksja, a raczej pytanie: czy niszcząc własne zdrowie, zdołam pomóc swoim bliskim, dzieciom, partnerom i wesprzeć ich?
Zdaniem doktora Spitzbarta, guru medycyny profilaktycznej dla sportowców i menedżerów w Austrii, Niemczech i Szwajcarii, zaniedbanie fizyczne ma zawsze jedno źródło: zaniedbaną psychikę. To, co człowiek wie, nie może mu zaszkodzić. Groźne jest tylko to, co w tym wszystkim jest nieprawdą…
Robert Krool
www.krool.org